Powrót?

Hej!
Dawno mnie tu nie było. Ale wracam z nową myślą, aby kontynuować to opowiadanie.
Zupełnie nie mam pojecia czy uda mi się wkręcić w ten klimat, jednak myślę, że takie niedokończone dzieło nie zadowala Was.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany kontynuacją i kolejnymi seriami to zapraszam do jakiś oznak obecności :)
Ta notka prawdopodobnie zniknie z nowym rozdziałem takze ten. :D
Mam do Was jeszcze jedno pytanie.
Czy chcielibyście osobne miejsce na pytania do bohaterów, autora?

Dziękuję bardzo za uwagę :D

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

10. Wierzyc, nie wierzyc i stracić czy zyskac?

Wchodzę do sali Tony’ego. Śpi. Nie pamieta mnie.
Za kazdym razem gdy o tym pomyśle chce mi sie płakać, ale musze byc silna. Lekarz powiedział, ze z tego da sie wyjść, ale jest potrzebne wsparcie bliskich. Czy ja jestem dla niego kimś bliskim? Jestem przyjaciółka, czy to wystarczy?
Siadam na krześle, zeby po chwili znow usiąść. Nie wiem co mam robić. Lekarz mowil ze mamy z nim duzo rozmawiać, ale nie przeciez jak śpi. Nie bede go budzić…
Nagle jego powieki podnosza sie do gory i zaczyna sie budzic. Ten moment jest dla mnie przerazajacy bo w duszy licze ze tylko udawal. Niestety moje szczescie szybko ulatuje gdy zadaje pytanie
-Kim jestes?
-Pepper, Tony, nie kojarzysz mnie? Przyjaznimy sie…
-niestety nie. Moja dziewczyna mowi ze klamiesz…
-dziewczyna? Tony, ty nie masz dziewczyny..Tylko nei mow ze…
-Whitney mowila mi ze zaprzeczysz. Widzisz nie mylila się. Przykro mi. Chyba nie mam co ci wierzyć.
-Ale Tony…
-Jestes kłamcą, nawet cie nie pamietam, a ty wciskasz mi jakis kit o tym, ze jestesmy przyjaciółmi…
-Ze co?-pytam podnosząc głos.
-wlasnie to. Lepiej sie stąd wynoś. Nie moge sie stresowac, a twoja obecnosc mi nie pomaga. Za chwilę przyjdzie tu moja dziewczyna i..
-wierzysz jej? -tylko na tyle mnie stac..
-ja pamietam, moze to bylo dawno i Jamesa tez ale ciebie nie. Whitney miala racje, teraz bedziesz pewnie chciala mnie przekonac do swoich racji, ale ja nie uwierze w zadne twoje lgarstwo. Idz juz.
-Dobrze, Tony, ale jezeli kiedykolwiek cos sobie przypomnisz, nie wracaj do mnie z podkulonym ogonkiem!
-wiesz, nie zamierzam! Mam ludzi ktorzy mnie kochaja, a ty jestes mi nie potrzebna i …
Zanim skonczy wybiegam z jego pokoju i ze szpitala zalewajac sie jeszcze wiekszymi lzami niz wczoraj.
Wracam do domu i zastaje tam rodzicow. Zadaja jakies pytania ale zbywam je i biegbe do swojego pokoju. Wyciągam komputer i wchodze na portal spolecznosciowy gdzie od razu zauwazam posty Stane z wpisami z Tony’m, a ja glupia, myslalam, ze sie zaprzyjaźnimy, a moze cos więcej, ale on woli ją.
Zamykam szybko te strone i włączam wyszukiwarke i szukam szkol w Londynie. Nagle wyskakuje mi całkiem dobra szkola, a do tego z akademikiem! Bingo, cos dla mnie! Klaszcze w dlonie, po czym ocieram lzy i drukuje formularz i informacje dla rodzicow. Biore jeszcze dlugopis do reki i zbiegam po schodach na dół!
-Mamo! Tato!
-czy ty plakalas?
-zdaje wam sie-zaprzeczam i podsuwam im kartki pod nos.-chce wyjechać.
-teraz?
-tak teraz. To najlepsza szkoła!
-Dobrze slonko. Za chwile sie spakuj, przedzwonimy tam i myślę, ze cie przyjmą.
-dziekuje!-cmokam w ich strone i szczerze sie jak głupia.
Biegne do pokoju sie spakowac.
Po godzinie przychodzi moja mama, zeby poinformowac mnie o wyjezdzie. Wylatuje juz jutro o swicie, jeszcze tylko zadzwonic do James’a
Gdy ochlonelam zdalam sobie sprawe jak latwo poszlo. Nawet mnie nie zatrzymywali. Rhodey tez tego nie zrobi, wiec po chwili do niego dzwonie.
-Halo?
-Rhodey? Ja.. Jutro wyjezdzam.-mowie przez łzy do sluchawki.
-co? Jak to? Gdzie?
-Do Londynu, do szkoły, tak będzie lepiej.-mowie i rozlaczam się.

~~~~~~~~~
Witam na rozdziale z nowej serii yego opowiadanka :) szczerze mowiac was ubywa wiec zawieszam :) do kiedys jak narazie tu moja przygoda z pisaniem sie konczy:)
Pozdrawiam Kartiess

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozdzial 9. Dziewczyna, nie dziewczyna, ale cel uswieca środki.

Budzi mnie komórka. Patrze na numer-zastrzeżony. Olewam go i ide spac dalej. Zwracam uwage ze jest czwarta.
Dzwoni dalej. W koncu odbieram.
-Pepper?
-Rhodey? Od kiedy ty dzwonisz z zastrzezonego? Cos sie stalo? Tony nie dotarl?
-Pepper daj mi cos powiedziec. Tony jest w szpitalu…
-co się stalo?
-mial wypadek. Wiecej ci powiem jak przyjedziesz do szpitala.
-Rhodey?
-Jest na bloku. Operuja go.
-co?-mowie ale rozlacza sie.
Dopiero po 10 sekundach dociera do mnie jaki telefon mial wlasnie miejsce.
Zrywam sie z miejsca i szybko ubieram. Biegnę do szpitala i docieram do niego po okolo 7, 8 minutach.
Wbiegam do szpitala i buegne do recepcji. Pytam o Starka, ale nie chce mi udzielic zadnych wiadomosci. Probuje dodzwonic sie do James’a ale rowniez nie odbiera.
Zalamana siadam na krześle. Widzę kak recepcjonistki sie zmieniaja i postanawiam to wykorzystać. Podchodze tam ponownie i mowie ze jestem dziewczyna Tony’ego. No co? Na przyjaciolka nie chceli to na dziewczyne moze sie uda.
Mowi mi ze jest na bloku i posyla mnue do sali 207. Usmiecham się blado i dziekuje za informacje.
Biegne na drugie pietro bo nie oplaca mi sie czekac na winde.
Wbiegam na korytarz prowadzacy do sali 207 i dostrzegam James’a.
-co sie stalo? -krzycze na co on mówi mi cicho, ze znow walczył ze Shrike’iem. I reszta i ze mocno oberwal, ze sam musial interweniowac zakladajac jakas zbroje, ktora podobno byla nie testowana. Gdy to uslyszalam wydarlam sie na przyjaciela. Tak Rhodey jest moim przyjacielem. Dluga historia…
Dre sie na niego. Ludzie patrza na mnie jak na idiotke ale trudno.
-jak ty dotarlas? -pyta nagle.
-no.. Ten.. Powiedzialam ze.. Ekhm.. Jest moim..  Chłopakiem..
-Pepper?
-no co? Na przyjaciolka nie chciala mnie wpuscic.-wzruszam ramionami.-cel uswieca środki.
Czekamy przed salą. Minuty, godziny dluza sie niemiłosiernie.
Nagle wychodzi lekarz. Jest siwy w okularkach. Kojarze, kojarze.. A wiem! To ten sam co robil Tony’emu badania.
Podchodzimy do niego i pytamy co z naszym przyjacielem. Doktorek poprawia okulary i patrzy na nas uważnie.
-Wasz przyjaciel jest w ciezkim stanie. Przewozimy go na O.I.O.M…
-ale przezyje? -pytan bo martie sie o mojego kumpla.
-Walczymy. Chlopak jest silny. Da rade. Ma dla kogo.-puszcza do mnie oczko, ale to zlewam. Martwię się. Potwornie martwie sie o mojego przyjaciela!.
Idziemy z lekarzem na O.I.O.M
Widok Tony’ego w takim stanie przyprawia mie o dreszcze. Chce mi sie plakac. Powinnam z nim pójść! Co sie stalo? Dlaczego? Jest Iron Manem ale nikt o tym nie wie.. A moze jednak?
-Pepper! Pepper!-Rhodey trzesie mnie za ramiona i cos mówi.
-Co jest?-pytam, kiedy puszcza moje ramiona, a ja odzyskuje świadomość, tego co sie dzieje.
-przysnelas. Wroc do domu. Bedzie lepiej…-mowi i posyla mi blady usmiech. Nie odwzajemniam go, nie potrafię, jestem zbyt przybita tym wszystkim.
-Nie.. Moglam z nim iść.-chowam twarz w dłonie.
-Pepper, nie zamartwiaj się. Skad moglas wiedziec? On po prostu był nie ostrożny. Jak zawsze z resztą… Bedzie dobrze. Idz do domu. Wyśpij się.
-A ty?
-Zostane tu i zadzwonie do ciebie, jakby sie cos działo. Jak wrocisz to się zmienimy. Ok?
-no dobrze.-mowie i wychodze ze szpitala.
Wracam do domu i szybko klade sie spać. Zasypiam, ale budze sie dosc szybko bo zegarek wskazuje jedenasta wieczorem.
Ide do salonu i wlaczam telewizor. Puszczam jakis pierwszy lepszy program informacyjny.
Po godzinie ogladania i sluchania o wypadkach wracam do siebie do pokoju. Jestem wykonczona. Ten stelres dziala na mnie potwornie. Nie wiem co sie ze mna dzieje, ale musze byc silna. Szybko wylaczam telewizor i wracam do swojego pokoju.
Nagle czuje silna fale lez pod powiekami, wiec puszczam ja, niech lzy płyną, lecz w poduszkę.
Nim sie spostrzege zasypiam a następnego dnia, rano budze sie z krzykiem, który bylo pewnie slychac po drugiej stronie Nowego Jorku.

3 tygodnie później
Ide do Tony’ego jak zawsze o tej samej porze. Jestem w centrum miasta, wiec wchodze jeszcze do jakiegos małego sklepu po cos do jedzenia.
Gdy jestem przy kasie dzwoni do mnie James. Mowi mi, ze Tony sie budzi. Pospiesznie place i zabieram zakupy.
Biegne jak najszybciej potrafie, by dobiec do szpitala.
Wchodze do sali Tony’ego i dostrzegam ze otwiera oczy.
-Kim ty jestes? Kim wy jestescie? -pyta a mnie zamiera serce. Ma zanik pamieci. Nie pamięta mnie, Rhodey’go?-ciebie kojarze-wskazuje na ciemnoskorego.-a ciebie nie. -wskazuje na mnie.
Wybiegam z sali zalewajac sie lzami. Nie pamieta mnie.. Lekarz mowil ze tak moze być, ale nie wiedzialam, ze to bedzie takie ciężkie.
Wybiegam ze szpitala i biegne prosto przed siebie. Nagle slysze pisk opon, ale nie czuje uderzenia, tylko slysze ryk jakiegos faceta o mojej nieodpowiedzialności. Nie rozwazam nad sensem jego słów, tylko biegne dalej, jak najdalej od tego miejsca, musze wszystko przemyslec.

~~~~~~~~~~~~~~~~~
I oto rozdzial konczacy 1 serie tego opowiadanka. :) troche krotszy niz sobie wyobrazalam, ale zawarlam chyba wszystko co najistotniejsze.

Widze ze z komami u was ciezko :P
Ale dziekuje tym co poswiecili xhociaz chwilke uwagi by wyrazic krociutka opinie :)

Wesolych swiat!!! ( co z tego ze juz po, ale liczy się pamięć :P)

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozdział 8. Marudy (nie)marnujace czas.

Idzieny z Tony’m na zakupy. Caly czas mi marudzi, ze mozemy kupic pizze, ale ja upieram sie, ze zrobimy swoją. Z resztą, nie ma to jak obiad zrobiony samemu.
-Pepper, nie marnujny czas na gotowanie..
-Czy ty uważasz, ze to jest marnowanie czasu? Zawsze możesz jej nie jeść, tylko powiedz szczerze ze ci nie smakuje  co gotuję.-wzruszam ramionami i wrzucam skladniki do koszyka.
-to nie tak, ze mi nie smakuje…
-zamilcz na chwilę..-wyciagam liste co powinnam kupic i czytam ja lod nosem analizujac co juz mam.
-Pepper…
-Ładna ksywka prawda? -szczerze sie do niego jak głupia na co on wystawia mi jezyk i sam sie szczerzy.
-Tak, tak.. Idziemy juz do kasy?
-tak…-mowie do siebie sprawdzajac zawartosc koszyka- Znaczy nie! Znaczy co powiedziales?-pytam, a on wybucha smiechem.
-Pytalem czy idziemy do kasy…
-tak tak.. -Mowie i ruszam w kierunku kas.
Staje w kolejce. Przesuwa sie dosc mozolnie, ale nic nie mówię. Tony takze milczy.
Wykladamy zakupy na taśmę. Kasjerka szybko je kasuje. Gdy juz dochodzi do placenia Tony sie wyrywa. Klocimy sie, kto zaplaci na co kasjerka smieje sie pod nosem. Pewnie mysli ze jestesmy razem, ale co to, to nie.
-Daj spokoj Tony..-wciskam kasjerce pieniadze a Starkowu kaze chowac portfel do kieszeni. Robi to nie chetnie, ale jednak. Buahah mam nad nim wladze.  Brawo ja.
Wzielismy zakupy i idziemy wlasnie do wyjścia, gdy nagle mój towarzysz sie zatrzymuje. Spogladam na niego i gdy zamierzam go palnac w łeb odzywa sie.
-ladna sukienka-wskazuje na saledynowa sukienke do kolan, z rozkloszowana spódnica. Całość wykonana z jakiegos delikatnego materialu.
-no chyba nie…
-no wez…
-Tony jestesmy tylko przyjaciolmi i ten…
-no wlasnie, jako twoj przyjaciel sugeruje ci, ze w tamtej sukience wygladalabys obłędnie….
-brzmisz jak jakis stylista…
-przeciez jestem.
-gej-dokanczam swoja wypowiedz ktora mi przerwal.
-nie jestem gejem..
-yhm, tak jasne… Ale wiesz gej to najlepszy przyjaciel kobiety i..
-nie jestem gejem, idz juz lepiej przymierz tę sukienke.-wpycha mnie do sklepu i kaze przyniesc te sukienkę do przebieralni.
Zanim Tony wepchnal mnie do przebieralni zdazylam sie zorientowac ze to jeden z drozszych sklepów. W miedzy czasie troche zwyzywalam mojego kumpla, ale ten sie nie przejął.
Siedze teraz zamknięta w tej glupiej kabinie i czekam.
Nagle slysze piskliwy głos. Wiadomo czyj prawda?
-Tony. Czesc… O widze ze przyniosles mi sukienkę, jak miło.
-ona nie jest….
-moj rozmiar! Masz gust Tony..
-dla ciebie. Jest dla…-nie dokancza ale slysze jak otwiera drzwi do mojej kabiny i wciska tam sukienke.
Biore ja ale nie mam zamiaru przymierzac.
-chce cie zobaczyc w tej sukience.
-36? Mam sie w to zmieścić -mowie do siebie.
-będzie idealna.
Powoli zakladam sukienkę. Watpie ze sie w nia zmieszcze ale trudno.
Mecze sie z zapieciem ale udaje sie. Jak sawsze jest z tylu więc nieźle sie musze nagimnastykowac.
-gotowa?
-yhm…
Wychodze na zewnątrz.
-idealna..bierzemy..
-ale ja..
-przebieraj się..
-Tony..-mierze go morderczym spojrzeniem na co wybucha smiechem. Zgin Stark.
Przebieram sie i spogladam na cene sukienki.robie wielkie oczy i wychodzę
-nie kupie jej. Jest za droga.
-kto powiedzial ze ty ja kupisz.
-Ale Tony..
-no co..
-zgin.
Po polgodzinie tlumaczeniu mu ze to jest bez sensu wyszlismy ze sklepu z ta sukienką.
Jestesmy przyjaciolmi a on kupuje mi taki drogi prezent. Czy on nie ma co robic ze swoimi pieniedzmi?
Idziemy do mojego domu. Jestem na niego zła.
-Nie złość się-mówi gdy wchodzimy do mojego domu.
-Kiedyś sie zemszcze..
-za co?
-domysl się… Cos do picia?
-moze byc woda.. Pojde juz do cie…
-nie!
-czemu? -pyta a ja patrze na niego uwaznie.
-bo nie…
Ide do kuchni i napelniam dwie szklanki wodą. Podaje jedna kumplowi i idziemy razem do mojego pokoju.
-zabieramy sie za naukę.-mowie i klade potrzebne rzeczy na biurko.
Zaczynamy sie uczyć. Tony tlumaczy mi wszystko od poczatku.
-nie rozumiem tego.-mowie kiedy piaty albo i dalej tlumaczy mi wzór.
Widze jak sie zaczyna denerwowac ale tlumaczy znowu. No co ja poradze, ze nie radze sobie z fizyką.
-moze sobie juz dajmy z tym spokój.-mowie i zrzucam ksiazke z biurka.-mam dość. Ide zrobić obia..-spoglądam na zegarek-dokolacje..
-moze zamowie pizze i pouczymy się. Jutro test i…
-w sumie… Moze to i dobry byl pomysł…
Tony wykonal jeden telefon i zamowil nam dwie pizze. Podczas zamowienia krzyczalam, ze jefna wystarczy ale uciszyl mnie gestem reki i mowil dalej.
Kolejna godzina mija. Uczymy sie tej fizyki. Powoli jakoś, coś do mnie dociera .
Tony zadaje mi do rozwiazania zadanie i wychodzi z pokoju. Po kilku minutach wraca z dwoma wielgachnymi pizzami. Czy on oszalał?
Pokazuje mu zadanie i zabieram sie za jedna z pizz. Nagle wyrywa mi jeden kawalek.
–tu mas blad.-wskazuje na obliczenia kawalkiem pizzy, który juz zdążył ugryźć.
-ugh… Tony..-probuje zabrac moja wlasnosc(czytaj pizza z jego reki) ale nie udaje mi się. Zjada ja a ja juz sie poddaje i biore kolejny. Zabiera mi go
-konfiskuje..
-za co?
-zrob dobrze zadanie to ci oddam..
-juz zdazyles zjesc mi kawalek! No zlituj się.
-tylko jedno zadanko.-macha mi zeszytem przed oczami.
Niechetnie biore go do reki i zaczynam sprawdzac jaki zrobilam błąd.sprawdzam i dostrzegam ze w zlym miejscu dalam przecinek. Poprawiam go i rzucam zeszytem w Starka.
-gratulacje. Mozesz juz zaczac jeść.
-i o to tyle krzyku? Stark..-warcze.
-ladne mam nazwisko prawda?-szczerzy sie jak glupi do sera.
Mam ochotę powybijac mu te snieznobiale siekacze, ale powstrzymuje się, bo w koncu nauczył mnie tej fizyki.
Po zjedzeniu i oczywiscie wyglupach wrocilismy do nauki.

Kolejny wzór. Tony cos tlumaczy a ja nawet nie wiem co. Juz nie kontaktuje. Zamykam oczy i czuje tylko jak moja glowa uderza w biurko.
Budzi mnie nie wygoda. Wszystko mnie uwiera. Wstaje i czuje ból w czaszce. Masuje swoja glowe
Jest ciemno.tylko tyle rejestruje zanim dotrze do mnie, ze nie jestem tu sama.
Do moich uszu dociera ciche pochrapywabie i pikanie jakiegos urządzenia.
Patrze na czlowieka spiacego na moim biorku.
Budze go tracajac w bok.
-Rhodey jeszcze nie teraz…
-Tu Pepper. Halo! Cos ci na rece pika.
-co?!-krzyczy i szybko podnosi sie z mojego biurka.
Wstaje, ale po chwili chwiejej sie. Jedna reka opiera sie o moje biurko a druga lapie w miejscu w ktorym ma serce.
-Tony?
-musze juz iść… Wszystko zrozumialas?
-Tak. Tony dziękuję i ten..
-ja juz bede sie zbierać.
Chowa swój telefon do kieszeni i zbiera sie do wyjscia.
Odprowadzam go do drzwi. Zegnam się z nim. Proponuje mu, ze go odprowadze ale on mowi, ze to nic i ze idzie do zbrojowni.
-poradze sobie. Dobranoc. Przyjde jutro.
-dobrze. To pa.-zegnam sie z nim przytulasem na pozegnanie.
Ide sie umyc. Robie to szybko bo jest srodek nocy a ja jutro musze isc do szkoły.
Pakuje jeszcze wszystko do torby i ide spać nieswiadoma wydarzeń, ktore nadejda juz za niedlugo.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzis krotki ale mam nadzieje ze da sie strawic ;)
5 komentarzy=nastepna notka
(nie wlicza sie informacja o notce ani spam od jednej osoby ;) )

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdzial 7. „dobra, dobra, skąd ta agresja? „

Wchodzimy do środka. Tony przedstawia to miejsce jako zbrojownia. Ciekawa nazwa.
Wchodzę głębiej rozgladajac sie po pomieszczeniu. Jest dosc spory caly wyposazony w różne wynalazki.
Naprzeciwko drzwi jest.. Emm jakby to nazwac komora? Nie wiem co tam trzyma więc pytam sie co tam jest. Mowi mi, ze tam trzyma zbroję. Otwiera ja a ja widzę tego wraka, ktorym przywalil w moj biedny dom.
Po prawej stronie jest pusto?
Tony podchodzi do tej sciany i nagle pojawia sie ekran.
Zalamka dla mnie. Ze tez o tym wczesniej nie pomyslalam, przecież to geniusz.
Wracajac do prztgladania sie pomieszczenia to po lewej stronie jest jakis fotel. Podchodze do niego i siadam. Widze protesty chlopakow, ale ich olewam.
Wlaczam jakiś przycisk, i nagle zaczyba się obracać. Zaczynam piszczec i wolac o pomoc, na co odpowiada mi stlumiony śmiech.
-jak stad wyjdę, to was dorwe!
-haha
-zdejmujcie mnie!!!-zdzieram sobie gardło.
Po kilku dlugich chwilach maszyna zwalnia, a gdy sie zatrzymuje schodze na ziemię. Upadam na kolana, bo w glowie mi sie tak strasznie kręci.
-Splyniecie w czeluściach klozetu!!-dre sie na nich, a oni zaczynaja rzec. Normalnie gorzej niz stado koni.
–Czego?!
-haha…-smieja się dalej a ja ich wale z otwartej dloni w łeb.
Juz stoje normalnie, wiec nic tu po mnie. Pojde do domu. Moze sie czegoś nauczę?
-Gdzie idziesz?-pyta Tony na co odpowiadam mu, że idę do domu.
Prosi, zebym została, ale staram sie byc nieugieta. Po jego dlugoch namowach decyduje sie zostac, gdy nagle rozlega sie jakis alarm.
-Coś sie dzieje w miescie! idę tam!
-Tony, twoja ręka…
-Nic mi nie będzie.
-zostań, lepiej bedzie jak raznie pojdziesz.. Tony, dobrze wiesz ze miasto sobie jakos radzilo, jak ciebie nie było, znaczy Iron Mana i…
-Pepper, nie boj nic…
-Ale twoja zbroja..
-wezme zapasową..
-Zapasowa?-wtraca sie Rhodey.
-no, ten-czochra swoje wlosy-pierwszy prototyp.
-Chyba cię pogielo i zgielo w pół!
-Pepper, spokojnie.. Bedzie dobrze.
Idzie do zbroi i zaklada ją. Nawet juz go nie zatrzymuje. Niech leci. To jego decyzja. Jego zycie.
Rhodey siada na tym fotelu i cos wlacza. Podchodze blizej i spogladam mu przez ramię. Widze ze na tym ekraniku sa jakies parametry. Pytam co to a on mowi, ze kontroluje to stan jego zdrowia. Nie pytam i nic wiecej, bo nie bede go zameczac. Po niedlugim czasie zmienia obraz i widzimy co widzi Tony.

Dwie godziny później

Tony wraca do zbrojowni. Jest caly poobijany.
-Cos ty znowu robil?! Z kim zes sie bil?!
-Pepper, prosze cię.. Nie niancz mnie dobrze? Juz wystarczy mi jedna nianka, więc…
-Jest zajety, wiec ja przejmuje jefo rolę. Co sie tam stalo?
-Nic, zwykla bójka z Whiplashem i jakimś Killer Shrikem ktory byl z jednorozcem.-zasmial sie.
-co?!. Dobra Tony, nie wazne, chodź..-wzielam go za rękę i pociagnelam w kierunku mojego domu. Trzeba go opatrzec bo wyglada jak siedem nieszczesc, albo i gorzej.
Idziemy w ciszy. Jest juz dosc późno, ale trudno.
Wchodze do domu. Mam nadzieję, ze nie bedzie moich rodziców.
Ku mojej radosci-nie ma ich. Sa w pracy uff..zero zbednych pytań.
Ide po apteczke, a Tony’emu kaze usiąść na kanapie.
Opatruje mu rany. Widze, ze te rany mniej go bolą. To dobrze.
Spogladam na te reke. Nie dobrze, sina jest..
-musisz isc do lekarza..
-Założę…
-juz ci wierze Tony.. A zresztą, to nie moje życie. Co ja ci sie będę wtrącać.
-Pepper..
-No co?.. Dobra gotowe!
-dziękuję.
-Nie ma za co-uśmiecham sie do niego-przez ciebie musze isc izupelnic apteczke…
-mozemy pojsc razem. Chyba powinienen wyposażyć w cos takiego moja zbrojownie. Moze sie przydać.-posyla mi delikatny uśmiech.-wiesz, ja już bede się zbierać. To do zobaczenia jutro? -wstaje i idzie do wyjścia.
-tak, myślę, ze tak.
-to cześć!
-Cześć!-macham mu na pozegnanie i ide do swojego pokoju. Biore pidzame i ide na szybki prysznic.

dwa tygodnie później
Poniedzialek. Nie nawidze poniedziałków. Wstaje i ide do lazienki nucac piosenke Garou :”sloiki nadziane sedesem” wszyscy wiedzą o co chodzi ^^ nie zaglebiam sie w francuski. Jakos tak srednio mi sie podoba ten jezyk, ale trudno, jakos te slowa i ta melodia wyjatkowo przypadla mi do gustu.
Szybko ide i sie ogarniam w lazience. Schodze na dół. Juz nie ma śladów zniszczeń sprzed dwoch tygodni. Uff.. Dobrze, ze rodzice o nic nie pytali..
Ide do kuchni i do moich nozdrzy dociera piekny zapach kakalka. Kocham. Siadam na krzesle a moja mama stawia mi kubek pod nosem. Do tego talerz z nalesnikami z sosem czekoladowym. Mmm pycha!
Zjadam sniadanie i dziekuje mamie za nie. Usmiecha siedo mnie i szybko wychodzi z domu tlumaczac, ze musi juz do pracy.
Ide do gory po plecak, gdy nagle słyszę dzwonek do drzwi. Olewam je, gdyż nie chce mi sie wracac. Czyste lenistwo. Otworze, jak bede wracac.
Biore plecak i wpakowuje do niego jeszcze kilka rzeczy ktorych bym zapomniala .ta skleroza. Nie boli ale trzeba leczyć. Tia.
Ide i otwieram tej biednej osobie ktora kwitnie juz pod tymi drzwiami.
-Ttony?
-o Pepper! Wreszcie raczylas otworzyć! Sukces! Dzis tylko dziesiec minut stania pod twoimi drzwiami… Zapomnialas, ze idziemy dzisiaj razem?
-A co z histerykiem? I nie nie zapomnialam, po prostu.. Emm..
-dobra, idziemy?
-tak. Jestem gotowa!.
-chociaz dzis nie czekam na ciebie dodatkowej godziny..
-stul pysk.
-dobra, dobra, skąd ta agresja?
-jest siodma rano.. Hmmm zastanowmy sie.
-dobra nic nie mów…
-po co idziemy tak wczesnie i w ogole skad ta chęć do szkoly?
-jaka chec? Po prostu to idealny czas na projekty, a po za tym..
-tak toaleta na pierwszej lekcji i cie nie ma do końca…
-No co? Ale przychodze czasem po was…
-bedziesz miec przez to problemy…
-Pepper, daj spokój!
-idziemy?
-tak tak…
Wychodzimy z mojego domu, ktory zamykam na klucz.
-kiedy jest sprawdzian z fizyki? -pytam bo tak jakos teraz mi to wpadlo so glowy..
-jutro…
-cco? Oo w mordę jeża! Nie zdaze sie w tyle czasu nauczyć…
-pomoc ci?
-nie bylby to problem?
–Zaden…
-A Iron Man?
-Chyba raz miasto beze mnie wytrzyma co nie? A po za tym co sie jutro moze stac? No?
-jest wiele mozliwosci..-udaje powage po czym wybucham smiechem.
-zaraz po lekcjach?
-tylko chodz na zakupy!
-nie mow ze znowu kazesz mi czekac az znajdziesz jedna pare spodni przez godzine?!
- no przepraszam bardzo, ze byla bardzo korzystna oferta, a po za tym.. Dobra nie wazne.. Chcce isc do spozywczaka kupic cos na obiad.
-moze zamowimy pizze? -az tak zle gotuje?
-nie.. Po prostu ten.. Zaoszczedzimy troche czasu i ten…
-dobra czaje, ale jak bedziesz głodny…
-tak tak Pepper..
Dotarlismy do szkoly w dosc szybkim tempie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzis krotszy niz zawsze, ale mam nadzieje, ze sie nie obrazicie ;)
Zapraszam do komentowania :)))

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Rozdzial 6. Kluczyk z Piwnicy

Wchodzimy do salonu. Moi rodzice nie sa jakos zadowolenie. Ich miny mówią wszystko.
-Mozesz mi to wyjasnic?
-ale ja nie wiem o czym mowisz?
-Nie pogrywaj ze mna młoda damo. Ta dziura!! Tylko nie mow mi ze jej nie zauwazylas !!!
-Tato, to nie tak, po prostu..ten no.. -udaje ze ziewam..-jestem zmeczona. Moge juz isc do siebie?
-Najpierw mi wytlumacz!
-Virgil uspokoj sie. Przeciez jej tu nie bylo jak przyszlismy.
-Kochanie prosze cię…
-Tato bo..
I w tym momencie bezceremonialnie do pomieszczenia wchodzi szanowny Stark. Mina rodziców bezcenna. Przez chwile maja rozne miny. Nie wiedzą od czego zacząć.
-Bo ja..
-Ty jestes Tony Stark? -pytaja. Czybja juz wspominałam, ze moi rodzice pewnego czasu interesowali sie Stark International? Nie? To teraz juz mowie.
Sa zaskoczeni.
-Nic nie mowilas.
-co mialam mówić.-znowu udaje ze ziewam i ruszam w kierunku swojego pokoju. Ufff nikt mnie nie woła. Czyli dali spokój. Wola interesowac sie Starkiem. Norma.
Wchodze do pokoju i zamykam drzwi. Rzucam sie na łóżko i zamykam oczy.
Siegam reka po sluchawki z szafki nocnej i mp3.
Wlaczam cichą muzyke i rozkoszuje sie ta chwilą.
Słyszę pukanie i otwierajace sie drzwi. Wzdrygam się, a po chwili alysze cichy smiech. Wyciagam spod glowy poduszkę i ciskam nia na intruza w moim azylu.
Po nie dlugiej chwili czuje ugięcie sie materaca.
-Zalatwilem to.
-Cieszę się.-mowie i wzdrygam się znowu. Tylko nie ze strachu, lecz zimna. Mimo iz mam zamkniete okna od dolu strasznie ciagnie.
Czuje na ramionach koc i usmiecham sie do siebie. Nagle do mnie dociera kto to zrobil, wiec szybko siadam i patrze na niego. Jest zdezorientowany.
-przepraszam.
-dziekuje-mowimy jednoczesnie.
-ja juz powinienem iść.
-to do zobaczenia
-jutro?
-jutro jest niedziela.-smieje się.
-to co. Przyjde -usmiecha sie.-pokaże ci jedno miejsce ok?
-jasne. I tak nie mam nic do roboty, no chyba, ze dostane szlaban…
-wątpię.-puszcze mi oczko i wychodzi.
Jestem zaskoczona ale nic nie mówię. Padam na łóżko i bardziej otulam sie kocem. Zasypiam z niesamowitymi wrazeniami.
Budzi mnie budzik? Jak? Przeciez ja nic nie ustawialam. Jestem zaskoczona. Siadam i zauwazam, ze to z mojej kieszeni. Wyciagam komorke i wylaczam alarm.
Patrze na siebie i dostrzegłam, ze jestem we wczorajszych ciuchach. Wstaje i czuje sie jakbym byla na niezłej imprezie. Strasznie boli mnie glowa.
Ide do laziwnki na szybki prysznic. Ogarniam sie dosc szybko. Ubieram sie w jakas cieplejsza bluze.
Schodze do kuchni i widze ze rodzicow juz nie ma. Pewnie kolejny dyżur i misja.
Robie sobie sniadanie i biore tabletke, bo czuje, ze ten bol mnie nie opuscza ani na minute.
Wychodze z domu i ide sie przejść. Idę do Central Parku. To jedyne miejsce, w ktorym potrafie sie wyluzować.
Siadam na jednej z lawek i rozkoszuje się ciszą. Zaczynam przygladac sie ludziom.
Po niedlugim czasie wstaję i nagle wpadam na kogoś.
-przepraszam- mowimy jednoczesnie. Jakie to oklepane.
Spoglądam na czlowieczka, ktory raczyl na mnie wpaść, albo ja na niego.. Raczej on na mnie.
-Gene-wyciaga do mnie rękę.
-Patricia, ale dla przyjaciół Pepper-usmiecham sie do niego ciepło.-jestes stąd?
-slad to pytanie? I nie. Przylecialem tu nie dawno.
-masz taka hmm.. Chinska urode?
-Jestem Chinczykiem.
Smiejemy sie troche i spacerujemy po parku. Milo sie z nim rozmawia. Jest taki troche inny niz Tony.
-Chodzisz tutaj do Akademii Jutro?
-tak, a co?
-od jutra zaczynam tam naukę, moze bys mnie oprowadzila.
-jasne, nie ma problemu.-mowie i usmiecham sie do niego ciepło. -wiesz co, ja sie bede musiala juz zbierac. Porozmawiamy jutro?
-Jasne, to cześć.
-Cześć.
Odeszlam od niego i poszlam do sklepu. Zrobilam drobne zakupy. Kupilam kilka produktów, do zrobienia obiadu. Ciekawe, czy beda chłopcy. Hmm… Zawsze moge wizac więcej, najwyzej bede mieć na jutro.
Ide do domu o zauwazam robotników. O cholera. Mam nadzieję, ze nie wchodzili do piwnicy. Wbiegam do kuchni zostawiam rzeczy i sprawdzam drzwi do piwnicy. Zamkniete. Spdawdzam kieszenie. Nie mam kluczyka! To nie te spodnie! Zalamka życia.
Biegne po schodach na gore. Wbiegam do pokoju i szukam spodni tych co mjalam wczoraj. Znajduje kluczyk u wpycham go do spodni ktore mam teraz, a spodnie zanosze do kosza na brudy w łazience.
Ide na spokojnie do piwnicy. Wkladam kluczyk, przekrecam i nagle slysze jak tata wchodzi do domu. Szybko zamykam i chowam kluczyk do kieszonki.
-Witaj corko.
-czesc tato-usmiecham sie sztucznie.
-widziałaś moze kluczyk z piwnicy?
-nie! Skad!
-chyba bede musial wziac zapasowy..
-Nie! Znaczy dobrze.. Potrzebujesz cos?
-Narzedzia… Patricio, ty cos ukrywasz..
-nie, tato.. Masz na cos ochotę, na obiad?-szybko zmieniam temat.
-nie, wiesz co, zjem na miescie.
-dobrze tato.
-a wiesz, jak wroce wieczorem z pracy to poszukam tego klucza, a teraz juz idę.
-dlugo beda ci robotnicy?
-do szesnastej, chociaz to niedziela, ale wiesz jaka bedzie pogoda.. Dobrze, to ja juz ide!
-pa tato! -macham mu na pozegnanie.
Ide do kuchni i zajmuje sie przygotowaniem filetu z kurczaka. Kroje go na male kawalki, gdy nagle slysze za soba kroki.Odwracam sie z nozem w dloni.
-Tony? Jeszcze jeden krok, a bylbys martwy!!
-ojjcnie dramatyzuj Pepper. Przyszedłem, bo mialem cie gdzies zabrać..
-mam do ciebie sprawę
-jaka?
-ten zlom z piwnicy..
-teraz go nie wezme…
-za godzine sobie ida robotnicy, wiec jakbys mógł sie pozbyć.
-ok, ok, tylko sie nie denerwuj.
-przeciez ja jestem spokojna.
-jak woda w czasie burzy..
-grabisz sobie.-mowie i zaczynam zastanawiac sie nad nowo poznantm kolegą.był inny. Milszy. Ale Tony.. On ma cos w sobie..
-Pepper!-pstryka mi palcami przed oczami.
-co?!
-zawiesilas się… Pomoc ci?
-wez to zrób, ja zaraz przyjdę.-kaze mu opanierowac kurczaczki i ide do lazienki na pietrze. Oblewam twarz zimna wodą. Ostatnio siebie nie poznaję. Czyżbym cos do niego czuła? To tylko przyjaźń. Znam go od kilku dni, to na pewno. „Przyklejam” usmiech do twarzy i schodze na dół. Czuje zapach oleju, wiec przypuszczam, ze zajął sie smazeniem kurczaczkow.
-Coś do tego?
-Hmm.. Miała być sałatka.
-dobry pomysł.
-Nie jest zbyt dietetycznie? -pytam, bo w koncu chlopak. Je na pewno wiecej niz ja.
-Jest w porzadku -uśmiecha sie ciepło.
Nie wiem dlaczego ale mam wrazenie, ze ten usmiech jest jakby szczerszy? Nie to na pewno nie to.
Robimy ten obiad i zjadamy go szybko. W przyjemnej atmosferze mija nam czas do czwartej. Robotnicy juz poszli, wiec wchodzimy do piwnicy. Wyciagamy ten zlom. Tony cos wyciaga z kieszeni i podlacza go do zbroi.
-Musi sie naładować-mówi i patrzy sie na mnie, tak jakos wnikliwie.
-Zle wygladam?-pytam na co on parska śmiechem.
-Nie, tylko.. Za chwile juz powinny się włączyć systemy.
Otwiera pancerz i wchodzi do niego.
-Jestes pewny, ze to jest bezpieczne?
-spokojnie, wrócę tu jak schowam zbroję i coś ci pokaże.Okej?
-A ten gosciu cię nie zaatakuje?
-Whiplash?
-To jest Whiplash?.. Dobra nie ważne. Moze powinienes zostawic tu tego blaszaka?
-Daj spokoj Pepper, juz wystarczajaco masz przeze mnie problemów.
-haha, pewnie tak, ale mam też przyjaciół.
Widze jego niepewny uśmiech, po czym zaklada maskę i uruchamia systemy.
-Moze od razu wezme cie ze soba?
-Tony, chyba nie chcesz, zeby cos sie wydało. Lepiej jak przyjdziesz, albo ja pójdę do domu Rhodes’ów.
-Pepper?
- No co? Tak będzie bezpieczniej… Dobra lec już, tylko uważaj na siebie.
-Spokojnie, będę.-mowi i wychodzi, po czym znika mi z Pola widzenia.
Jego slowa brzmialy troche jak obietnica, ale nie powinnam brac tego do siebie prawda?
Ide do pokoju i zabieram ze soba torebkę, uprzednio pakujac do niej wszystko co jest mi potrzebne. Telefon, portfel czy chusteczki.
Wychodze z domu i spokojnym krokiem ide do miejsca w którym umówiłam sie z Tony’m. Chce mi coś pokazać.
Mam nadzieję, ze to nie bedzie jakas maszyna wymazujaca pamięć czy coś.
Krece głową i smieje sie z siebie.
Dochodze do budynku w którym mieszkają.
Pukam. Odpowiada mi cisza. Moze jeszcze go nie ma? Pukam ponownie, po czym siadam na schodkach przed wejściem i czekam.
Czekam i czekam, gdy nagle slysze otwierajace sie drzwi. Szybko wstaję i odwracam się.
-Pepper?
-Cześć Rhodey, jest juz Tony?
-nie ma go z tobą?
-mielismy sie tu spotkać i pomyślałam..
-wchodź, zaraz pewnie przyjdzie.
Wchodze do srodka i czarnoskóry prowadzi mnie do salonu i idzie do kuchni zapewne po cos do picia.
Przynosi mi szklanke z sokiem pomaranczowym.
Rozmawiamy sobie o wszystkim, jak przyjaciele. Prez caly ten czas zastanawiam sie, czy on wie ze Tony to Iron Man…
Nagle ktos wchodzi do salonu.
-Czesc wam!-mowi i usmiecha sie-idziemy?
-yhm.-wstajemy razem i udajemy sie do wyjścia.
Idziemy. Droga jest prosta i prowadzi do wielkiego starego magazynu. Wchodzimy do środka. Troche zaczynam sie bać, ale trudno. Chlopcy chyba wiedzą co robią.
Podchodzimy do wielkich metalowych drzwi. Tony otwiera je za pomoca pinu i wchodzimy do srodka.

~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzis troche krótszy niz zazwyczaj ale mam nadzieje ze jakosc ta sama.

Za 4 komentarze nastepna notka :)

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Rozdział 5. Wielka dziura

Siedzialam spokojnie w domu i jadlam moje kanapki. W tym czasie oglądałam telewizję. Bylo naprawde spokojnie, do czasu… Do czasu aż coś wpadlo do mojego domu!
Troche sie tym przerazilam, ale ciekawość swyciezyla i poszlam to sprawdzic. W moim przedpokoju lezala wielka,  metalowa czerwono-żółta puszka. Spojrzalam na „przybysza” i podeszlam blizej. Nie ruszał. Super. Jakas nieruszajaca puszka zagradza mi wejscie na schody, które prowadzą do mojego azylu.
Nagle zauważyłam jakas dziwna postac z biczani idaca w stronę mojego domu..
-zle, nie dobrze… -mowilam do siebie.
Patrzylam na te nieruszajaca puszkę. Probowalam ja przesunac, ale nic nie dzialalo. Ten biczownik sie tu zbliżał.
W srodku tej puszki byl czlowiek. Slyszalam czyjś oddech. To musial byc jakiś człek, ktoremu sie nudzilo i stworzyl maszyne do samobójstwa…
Kopnelam blaszaka i troche tego pozalowalam.rozbolala mnie noga.. Auc…
Biczownik nagle stanął. Widzialam, jak idzie w kierunku mojego domu. Serce walilo mi jak oszalale. Po chwili znowu obracał się kilkukrotnie i wracał.
Po dluuuugiej chwili zobaczylam ze zniknął z mojego pola widzenia. Odetchnelam z ulgą.
Niestety, zostal mi jeszcze jeden, malutki, naprawde malutki metalowy problem.
Podnoszę jedna jego rękę i ciagne.. Nic. Moze ten czlowiek ni zyje? Nie no, zyje, przeciez słyszę jego oddech.
Patrze na dziure w scianie i stwierdzam, ze powinnam cos z tym zrobić. Ale co? Jak zadzwonie do taty, to nugdy sie nie dowiem, co to za czlek jest w tym zlomie, a jak nie zadzwonie, to predzej czy pozniej zrobi sie tu zbiorowisko, a jako, ze ja jestem dobrym czlowiekiem, sprobuje uratowac to cos przes ujwnieniem jego prawdziwego oblicza.
Ide do salonu. Tata zawsze ma tu jakies narzedzia, wiec na pewno zbajde tu cos czym otworze ten zlo.
Szukam w szafkach u znajduje dwa śrubokręty. Jeden duzy, płaski, a drugi maly i krzyzakowy. Biore ze soba i ide w tamrtm kierunku.
Wciąż boje się tego biczownika, ale nie chce miec nikogo na sumieniu. Jeszcze mnie oskarza za nie udzielenie pomocy. Ale co ja jestem? To puszka.
Biore śrubokręt duzy i zaczynam majsteowac cos przy jego masce. Nie chce sie nic ruszyć, ale po chwili sie odsłania. Niestety nie widze kto to, bo ktos dzwoni na moja komorke a ja ide ja odebrać.
Nie zdazam, wiec wracam do puszki. Mam nadzieje, ze żyje, w koncu odszkodowanie samo sie nie zapłaci.
Wracam i patrze, jest pusta. Podchodze bliżej. Widze pelno krwi. Patrzę w rozne kierunku i zastanawiam sie co sie stalo z czlowiekiem. Podnosze puszkę za noge teraz jest troche lżejsza
-ten czlowiek czy cos qazt chyba ponad sto kilo.
-wypraszam sobie.-słyszę cichy głos, ktory zaczyna kaslac.
Odwracam sie i zamieram.
-Ttony?
-Pepper? -jest tak samo zaskoczony jak ja.
-tto nie możliwe…
-pomozesz mi? -pyta.
Jest slaby i ranny. Staje kolo niego i schylam sie do niego. Pomagam mu wstać i prowadzę do salonu na kanapę.
-bedziesz płacił za szkody..-mowie przez zacisniete zeby i ide po apteczke.
Wracam i z pomoca wody utlenionej i wacika ścieram z niego krew ktora jest czasciowo zaschnieta.
Co jakis czas syknie z bólu.
-Moglabys byc troche delikatniejsza?
-a co ja, pielegniarka?
Zaczynam opatrywac mu rękę. Widze jak krzywi sie z bolu.
-chyba jest zlamana.-mowie u wyciagam specjalne rzeczy zeby mu ja unieruchomic. Zanim to zrobię sciagam mu jeszcze koszulkę..
Moglby troche przypakowac, ale przynajmniej nie ma zapadnietej klaty..
Pepper ogarnij się! Upominam sie, gdy moja uwage przyciaga swiecace na niebiesko jakies okragle światełko.
-co to? -wyrywa mi sie, za nim zdaze sie ugryzc w jezyk. Tak juz mam. Jestem zbyt ciekawska.
-to-pokazuje swoja reka, ktora jak mniemam jest cala i mowi-to jest reaktor. Zastepuje mi serce.
-To swieci..
-Jak swieci znaczy, ze dziala.-smieje sie gorzko.
-od dawna to masz?
-od wypadku… Gdyby nie zbroja…-zastanawia się chwilę. -nie przezylbym.
-czyli to dzieki tej puszce i zyjesz i dzis prawie umierasz? -pytam..
-emm.. Mozna tak powiedziec.. Przepraszam za te szkody.. To przez Whiplasha..
-Tego co cie zaatakowal?
-tak.
Widzę, ze probuje wstac.
-Lez.-powstrzymuje go.
-Chcesz sie nade mna jeszcze poznecac?
-Przydałoby sie. -mowie i posyłam mu delikatny usmiech.
Wychodze z pokoju. Nie slysze nikogo chodzacego wiec zabieram sie za sprzatniecie tej kupy zlomu.
Przeciagam go do drzwi i otwieram je.
-Rysujesz…-lamentuje mi nad uchem Tony.
-ratuje ci tylek , wiec laskawie nie przeszkadzaj ok? A po za tym miales sie nie ruszać.-mowie i spogladam na jego skwaszona minę.
Zrzucam ten zlom ze schodow i schodze zeby nie zagradzal przejscia.
Slysze jak tony coraz bardziej lamentuje, ale mam go gdzies. Trzeba było nie rozbijac sie w mojej chałupce prawda? No wlasnie.
Przeciagam ja kolo rowerow i zakrywam jakas pierwsza lepsza szmata. Wychodze o zamykam piwnice na klucz, ktory zaraz chowam do kieszeni.
Z politowaniem patrze na miejsce w ktorym staly kiedys drzwi.
-dzieki.
-zawsze so usług.-podskakuje gdy slysze jego glos. Zaczyna chichotać, wiec odwracam sie do niego i zdzielam go z otwartej dloni.
Przestaje sie smiac, za to ja wybucham.
-no co? Gdybys sie teraz widział. Haha.
Ide do kuchni, jak mysle brubet lroczy za mna. Nalewam nam soku do szklanek i podaje mu jedna.
Wypijamy zawortosci szklanek.
-dziękuję.-mowi i usmiecha się.
Sama sie usmiecham.
-powinienes isc do szpitala. -przypominam sobie.
-nie trzeba.-mowi, wiec delikatnie dotylam tej ręki. Syczy z bolu.
-na pewno?-usmiecham sie nie winnie.-nie wydaje mi sie-dodaje juz troche ostrzej.-idziemy.-lapie go za zdrowa reke i wychodzimy.
-a co z domem?
Oo widze ze inteligentny.. Faktycznie nie zostawie tak domu ale…wiem!
Dzwonię do Rhodey’go i mowie mu ze mam sprawę. Nie objasniam wszystkiego tylko mowie mu ze potrzebuje kogos do popilnowania mi domu bo jakis zlom sie tu rozbił i zostawil dziurę. Na slowo zlom, Tony marszczy brwi, ale olewam go.
Idziemy do szpitala nie czekajac na James’a. Wiem, ze do tego czasu nikt nas nie okradnie. Raczej.
Zastanawiacie sie moze dlaczego Rhodey z nim nie pojdzie? Otoz dlatego, ze ja tej dwojce nie ufam. Rhodey to Rhodey, a Tony.. Eh..
Po polgodzinie jesteśmy pod szpitalem .doszlabym tu w pietnascie minut, ale panicz Stark jest oslabiony.
Wchodzimy i prosimy o lekarza, ktory przychodzi do nas po dwudziestu minutach.
-Wolniej sie nie da?! -mowie oburzona.
-przykro mi, ale niestety musiałem tu dotrzec z.. Oo witaj Tony?
-dzien dobry doktorze..
-z sercem wszystko w porzadku?
-tak, ale..
-dziewczyna uparla się zeby cie tu przywlec…
-nie!-krzyczymy razem, na co siwy doktor w okularach wybucha smiechem. Cos czuję, ze bedzie ciekawie…
-chodzcie do mojego gabinetu. Zbadam Cię Tony. Pamietasz ze za tydzien masz badania kontrolne?.. W sumie dzis ci je wykonam i bedzie spokoj.
Wchodzimy do jakiegos gabinetu.
-Co sie stało?
-pobili mnie…
-i co chlopie, do dziewczyny polazles..-śmieje sie i kreci głową..-dobrze, podejdź do mnie. Zdejmij koszulkę.-prosi go a ja odwracam wzrok. Czuję ze się rumienie. Co jest? Jeszcze dzis widzialam go bez tej glupiej koszulki.
Uslyszalam chichot lekarza.
-juz panienka moze patrzeć.
Patrze sie w ich kierunku z lekkim wachaniem.
-Tony, masz na siebie uwazac. To tylko mocne stluczenie i lekkie pęknięcie kosci promieniowej. Dostaniesz specjalny usztywniacz i pamietaj, nie nadwyrezaj teraz tej reki…
-czyli nie musze chodzic do szkoly?
-musisz, ale nie musisz notowac. Lepiej oszczedzaj te reke. Dostaniesz jeszcze masci na opuchlizne.
-nie trzeba…
-trzeba, trzeba, bo jeszcze dziewczyna się z tobą nigdzie nie pokaże.
-ale my..
-tak tak.. Dobrze, idzcie juz.-dal Tony’emu recepte na masci i kartke z nazwa i rodzajem usztywniacza.
-widzisz, to nic takiego.
-Nic takiego? Masz pelnieta kosc jakas tam i to jest nic?
-w sumie nie musze pisac na lekcjach
-nie szczerz sie jak glupi do sera. I tak tego nie robisz -dogryzam mu.
Wychodzimy ze szpitala i idziemy do apteki. Kupujemy tam masci i ten caly ochraniacz.
-Wracamy.-mowie, gdy ciągnie nas do jakiejs kawiarenki.
-daj się zaproaic na kawę. Po za tym musimy porozmawiac i wyjasnic sobie kilka rzeczy
-nie mozemy zrobic tego po drodze?
-Pepper, lepiej jak wyjasnimy to sobie na spokojnie.
-ok.-zgadzam sie i wchodzimy. Wiem co chce mi powiedziec. Pewnie to cos z Iron Manem
Zamawiamy po ciastku i kawie.
-Pepper, dowiedzialas się, ze jestem bohaterem. I czy moglabys…
-Jasne, bo ja mam komu to rozpowiedziec…
-Ja mowie powaznie.
-Ja takze…
-Pepper, wiem, że mogę ci zaufać i..
-to po co mi to mowisz?standardowa formulka?
-nie! Po prostu. Eh… Jestes pierwsza osobą i po prostu… Nie wiedziałem..
-spoko luz. -opieram sie wygodniej o oparcie i przygladam mu sie. Upijam łyk kawy. Po chwili on robi to samo. Widzę, ze starą sie byc wyluzowany, ale jakoś mu to nie wychodzi.
Zjadamy ciastka i wypijamy kawy w ciszy. Trochę to krepujace.
Wracamy do mojego domu.
-dziękuję.-mowi nagle. Zanim zapytac za co on mowi-za wszystko. Bylas wyrozumiala i w ogole..
-przestań, od czego ma sie przyjaciół.-mowie i trącam go lekko ręką.
Wchodzimy do mojego domu przez te nieszczesna dziurę. Od razu wychodzi Rhodey żeby nas przywitac. Jego powitanie nie kest zbyt entuzjastyczne.
-co sie stalo?
-twoi rodzice Pepper tu sa…
-Co?! No super!
Biegnę do salonu i mysle nad jakas wymówka. Musze zrobic to jalos inteligentnie, zeby nie poszlo na mnie ani zeby nie wkopac Tony’ego.
-Mamo? Tato?
-Witaj Patricio.-zaczyna moja mama, a ja juz wiem, ze jej glos nie wrozy niczego dobrego.

~~~~~~~~~~~~~
Dziekuje Annie Katari i Misi za komentarze. Dziękuję, ze jestescie tu ze mna i czytacie to opowiadanie ktore z notki na notke upada…

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Rozdzial 4. Wróg-nie tylko jako zyjaca postać

Uczylismy sie tej jakze wspanialej (ironia) fizyki. Tony wyglądał na zmeczonego. Mowi ze ktos go napadl w celu rabunkowym, ale ja tam mu nie wierze. To musialo byc cos poważniejszego.
Jego ubrania, a w szczegolnosci bluzka, były poplamione krwią.
-Tony?
-Tak? Czegoś nie rozumiesz?
-Nie, po prostu moze…. Mozesz mi powiedziec prawde.
-Pepper, przeciez mówię. Nic mi nie jest. Nie martw się.-probowal się usmiechnac, ale nie bardzo mu to wychodziło.
-Moze na dzisiaj dajmy sobie spokój…
-Jak chcesz.-zamknął ksiazke.
On cos ukrywał. Dobrze to wiem. Odkryje cala prawde. Oczywiscie nie obejdzie sie bez lamania jakze zacnych hasełek do głównej bazy danych FBI.
-Pepper?
-Cos nie tak?
-nie nic, po prostu.. -spojrzal na mnie z dziwnym blaskiem w oczach. Takim jakby przepelnionym troską?
To on tu jest dzieckiem potrzebujacym pomocy. On kłamie. Klamie jak z nut.
-To ja juz sie bede zbierać.
-ok. Dzieki za lekcję. -usmiechnelam sie do niego. Czekalam az sobie pojdzie i wreszcie dostanę sie do komputera ojca. Hehe te plany.
-To cześć .
-Pa!-pomachalam mu na pożegnanie.
Zniknal z mojego pola widzenia. Nareszcie.
Podzlam do pokoju taty. Weszlam w glowna baze. Oczywiscie potrzebne jest hasło zeby zalogować się na konto mojego taty. To nie bedzie takie trudne.
Wpisalam kilka kombinacji. Udalo sie!
Wyszukalam Anthony Stark. W calym kraju jest ich chyba z… Dużo ich jest. Dobra. Drugie imię. Moze to cos da. To było cos na e. Edmund, nie zbyt kijowe. Edward… Tez nie jakies ladne ale warto sprobowac. „Anthony Edward Stark” znaleziono. „Syn Marii i Howarda Starka….”to chyba on. ” niebieskie oczy. Czarne wlosy.”to na pewno on.
„Ulegl wypadkowi… Jako jedyny przeżył.. Stan medyczny: nie podano. Dostepne w aktach…”
No super! Moze to by mi pomoglo. Moze ma wczepiony jakis specjalny chip czy coś i chca go teraz dostac? O on nie moze im go dac? Hmm dziwne. No nic… A moze? Może sprobuje sie wlamac na serwer szpitala? Hmm to jest myśl. Ale…
Zaczelam sie wlamywac z serweru FBI. Wiem, wiem. To jest nielegalne. I moge miec problemy. Co gorsza moj tata moze miec problemy. Ale trudno. Gdyby pan szanowny Stark od razu mi powiedzial nie musialabym tego szukac na wlasna rękę co nie? To jego wina. Dokladnie!
Weszlam na serwer. Udalo sie! Ooo nie..
Na ekrabue wyskoczyl błąd i blokada systemu. Świetnie. Tata mnie zabije… Patricia Angela Potts, moze sie juz pożegnać z życiem.
Wylaczylam wszystko z prądu, bo komputer zaczal swirowac. Wlaczyly sie jakies zabezpieczenia awaryjne czy jakies takie inne.
Wyszlam z pokoju taty i pognalam do siebie. Wlaczylam swoj komputer i wlaczylam muzyke. Spojrzalam przez okno. Narazie nic sie nie działo. Zadne organy scigajace mlodych hackerow jeszcze tu nie przybyły. Skad wiem ze takowe moga sie tu pojawic? Bo nie raz tata bedac w pracy dzwonil, ze mam skonczyc wlamywac sie do systemu z jego komputera domowego. Wiece co? Powinien to lepiej chronić, a nie, zostawiac to na pastwę losu. Jeszcze ktoś inny by sie tam dostal i co? Jakby sie ktos wlamal? Ja po prostu pokazuje im jacy sa malo ostrozni.. Ehh.. Jeszcze kiedys mi za to podziekuja. Jestem tego pewna.
Nagle ktos zapukal do drzwi. Zeszlam szybko na dół i otworzylam drzwi. Przede mną stał Tony. Wygladal na przerazonego.
-Czczy nie zostawilem u ciebie mojej komórki?
-jak sie pytasz o te szare to za pewne nigdy ich nie miałaś, ale … Haha..
-Pepper.. Prosze.. Ja musze go znaleźć.
-wejdź.-wpuściłam go do środka. Chlopak wbiegl so mojego salonu hak torpeda.
-znalazłem. Nie ruszalas go prawda?
-co za głupie pytanie. Nawet nie wiedzialam, ze tu jest.
-Dziekuje
-nie masz za co…
-Mam. To czesc!
-Pa!
Wyszedł. A moglam sprawdzic jego telefon. Dlaczego ja? Dobra, nie wazne. Dowiem się. On cos przede mną ukrywa, dlatego jest coś w aktach szpitalnych.. A moze za nim pojde? Nie no, nie bede az go śledzić.jest jeden glowny powód. Nie chce mi się. Po prostu nie bede marnowac na niego czasu.
Poszlam do pokoju. Juz co? Ktora? Jedenasta? No chyba nie…
Wzielam pizame i poszlam sie kąpać.

Nastepnego dnia rano, obudziły mnie promienie słońca. Co? Przecież jest sobota… Ehh..no trudno. Ktora jest? Siodma? No nie… . ide dalej spać…

Siedzialem w zbrojowni juz dobrr kilka godzin. Pancerz sam sie nie usprawni, ale tym zajme sie za kilka godzin. A teraz trzeba jeszcze usprawnic połączenie telefony i zbrojowni. Bede mieć wszystkie informacje na bieżąco. Jakies wypadki czy inne mniej istotne rzeczy.
W pewnym momeciw do srodka wbiegł Rhodey.
-Wiesz ktora jest godzina?
-ymmm siodma?
-osma!
-a ciebie jescze w szkole nie ma? Haha
-Tony, dzisiaj jest sobota..
-I co w zwiazku z tym?
-Ugh Tony! Jesteś jak male dziecko. Gorzej. Nie mozesz się przemeczac. Pamiętaj ty masz implant…
-Wiem, dziekuje za przypomnienie mamusiu…
-Mam nadzieję, ze jakas dziewczyna postawi cie do pionu, choć w sumie ktora by cię chciała…
-Jakas na pewno-uśmiechnąłem się.
-A właśnie, jak tam z Pepper było? Bardzo oberwales?
-A jak ci powiem, ze wcale?-zrobil wielkie oczy-zmartwila się moim stanem i…
-czekaj, czekaj. Stop! Nie oberwales i sie zmartwila? To do niej nie podobne.
-haha czemu?
-wiesz, ona jest niebezpieczna itd. Ale co ja ci bede mówić.
-czemu?
-Hmmm pomyslmy, dlaczego akurat dla Ciebie jest miła….
-miałem ja uczyc fizyki..
-próbowałem nauczyc ja historii..
-a nie histerii… Haha z resztą… A nie wazne…
-co?!
-ma sie ten urok osobisty-zasmialem sie i przeczesalem ręką włosy. Dostalem od przyjaciela kuksanca w bok
-A to za co?
-jak sie bedziesz tak przechwalal to nigdy nie zdobędziesz jej serca…
-Rhodey co?! Ta historia bije ci na dekiel
-haha nie! Tony… Zaraz zaczne uwazac, ze sie zakochales…
-haha.. Nie ma takiej dziewczyny ktora skradlaby moje serce..
-haha Tony, co?
Wyglupialismy sie z Rhodey’m w najlepsze, do czasu az komputer nie wykrył znowu tego Whiplash’a.
-Tony, to nie bezpieczne. Pamietasz jak wczoraj wróciłeś…
-Rhodey, to bylo wczoraj. Teraz moja zbroja jest troche ulepszona i dodatkowo uzbrojona. Dam radę….
-Moze lepiej zostaw to policji i FBI?
-Wole chyba nie ryzykowac ich życiem. Ten gosciu ma jakies bicze…
-Coo?! -zrobil wielkie oczy.

Siedzialm w domu dobre kilka godzin.
Jak co weekend zajelam sie ogarnianien swojego pokoju. Zajelam się także odrabianiem glupich zadanb domowych. Czy nauczyciele mysla ze my nie mamy zadnego zycia poza szkola?! Dobra, ja nie mam, ale chcialabym miec chwile wolnego czasu. W sumie jakby na to nie spojrzec mam go az nadto.

Byla juz godzina trzynasta. Niby wczesnie, a trzeba sie zabrac za robiebie jakiegos obiadu. Moze dzis pojde na miasto? Hmm.. To jest myśl, ale samej? Serio? Moze wcale nie bede go jadla? Dobra, pomysle o tym pozniej.
Moje długie rozmyslenia przerwal dzwonek do drzwi. Olalam go, bo kto by mógł dzwonić do mojego domu, oprocz Rhodey’go czy taty, ktory ma swoje klucze. Po za tym Rhodey zawsze uprzedza, ze przyjdzie. Tia on taki porządny. Haha…
Zeszlam na dol i udalam sie do kuchni. Trzeba cos zrobić do jedzenie. Wzielam kilka produktów i zaczelam robić kanapki. Najprosciej i najszybciej.

Walczylem z tym calym Whiplashem. Byl niezły, nawet lepszy, ale ja takze nie bylem najgorszy.
Wciaz walczyliśmy. Ciagle ktorys z nas ladowal na jakims budynku, ale szybko sie pozbieralismy.
Strzelałem z repulsorow. Omijał moje ataki, tak jak ja czasem omijalem jego.
Pole naszej walki przesuwalo sie w kierunku obrzezy miasta. Probowalem cos z tym zrobic, ale sie nie dalo. cos czułem, ze to jakis podstęp.
Znalezlismy sie niedaleko parku. Stracilem go z dysku na ktorym latał. Upadł. Jego dysk takze spadł. Strzeliłem do niego z repulsorow. Nagle poczulem jak jego bicze oplataja moje ręce, a po chwili i cale moje ciało.
<>
-Ugh… Komputer! Cala moc do silnikow w butach!
Cala energia byla w butach. Wystrzelilem i wydostalwm sie. Zaatakowalem go z unibeamu i juz nie wstał. Wylecialem z parku jak najszybciej. Lecialem, gdy nagle ktos mnie zaatakował i polecialem prosto przed siebie. Wbilem sie w jakis domek. Zapadla ciemnosc i wiecej nic nie pamietam…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nowy rozdzial w nowym roku szkolny. Udało się :).
Od dzis zawieszam bloga do odwołania. Powodow jest kilka ale…
Mam nadzieje ze ta notka wam sie podoba i póki co bedziecie tu z checia wracac :)

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział 3. Lekcja, ktora ogarniaja nieliczni.

Obudzilam sie rano. Wcześniej niz wczoraj z nadzieja ze zdaze. Tym razem dotarłam do szkoly troche wcześniej a nawet wybralam sie pieszo.
Weszlam do budynku i tak jak codzien udalam sie do szafki 236. Mam ja z Rhodey’m na pół, bo nikt nie chciał miec ze mna ( zadna dziewczyna dla jasnosci) a jemu to nie przeszkadzało. A teraz jestem ciekawa czy będziemy miec w trójkę z Tony’m. Oooo nie! Nie, nie i nie! Ktores z nas zostanie skażone. Musza byc po dwie osoby w szafce, a ze za Starkiem przylazła tez Stane, to albo ja będę z nią?(ratunku! Nie wyrobie ze srodkami antybakteryjnymi) albo Tony (wychodzi na to samo, ale trudno, no chyba, ze zerwe z nim znajomość.. Hmm.. Jest dużo prostsze i tańsze rozwiązanie)
Wzielam te przeklete ksiazki i poszlam na dach. Slonce dopiero wstaje, więc jest rak pięknie…

Slyszalem czyjeś krzyki nad uchem.
-wstawaj jest wpol do osmej. Spoznimy sie
-nie ide tam dzisiaj..
-jednak cos sie stalo?
-nie nic sie nie stalo. Po prostu mam inne plany kapujesz-usiadłem na łóżko.
-nie chcesz isc, bedzie Pepper..
-haha nazwala mnie tanim podrywaczem. Urocza jest..haha-na wspomnienie wczorajszego dbia az sie usmiechnalem.
-haha zakochal sie haha.
-wez spadaj-rzucilem w niego poduszka.
-oo oburzyl sie… Ale do szkoly i tak trzeba iść..
-nie pojde tam. Mam wazny projekt do przetestowania. Nazwałem ja Mark 1.
-Tony…
-chcialem ja pokazac mojemu ojcu, ale nie zdazyl jej zobaczyc i…
-Tony, dobrze wiesz jak jest mi…
-tak Rhodey przykro. Ale przynajmniej masz rodziców. Ok twojego taty orawie nigdy nie ma, ale to ze wzgledu na pracę.
-tia.. Dobra ja idę.  Pepper bedzie przykro…
-Ejj nie uzywaj jej do tego.-rzucilem w zamykajace drzwi poduszką. Z jednej strony to irytujące a z drugiej zabawne. Ale czemu Pepper? Czemu ona? No nic. Ide sie ubrac i pojde do szkoły, ale po niej pojde do zbrojowni.
Szybko sie ubrałem ubrałemi w miare ogarnalem i pobieglem do szkoły.
-Nie chce mi sie tu chodzić-powiedziałem widząc laski usmiechajace sie do mnie. Z jednej strony schlebia mi to, ale z drugiej… Boze.. Musze skończyć. Czemu rozpatruje wszystko w dwóch aspektach? Nie wiem, ale to zaczyna robic sie dziwne…
Poszedłem do klasy. Akurat mamy fizykę…

Siedzialam i patrzylam się w sufit. Rhodey usiadl przede mną. Jej znowu siedzę sama.
Uśmiechnęłam sie w duchu. Ale komu ja bede dokuczac? Nagle kolo Rhodey’go usiadla blondyna. Nic dziwnego. W koncu ze mna nie usiądzie. Woli mi ulatwic ścięcie jej sianka. Heh.
Do klasy wszedł nauczyciel.już prowadzil lekcje gdy nagle ktos wpadl do klasy.
-Przepraszam za spóźnienie, zgubiłem się.
-Siadaj, lekcja trwa.
Usiadł gdzie? Oczywiscie, że koło mnie. Jakby wszedzie było zajęte. Nie będę ukrywać, że nie było, bo było.
-Rhodey mowil, ze cię nie będzie.-szepmelam do chłopaka na co odezwał się profesor.
-Panno Potts. Radziłbym uważać. Nie najlepiej radzi sobie panienka z fizyką. Grozi panience dwoja na semestr…
-Ale prosze pana ja..
-Albo sie wezmiesz do roboty, albo…
-Tak wiem…
-pomogę ci.
-Cco?
-no pomoge ci z tą fizyką.
-Nie potrzebuje pomocy.
-nie wcale..
-wielkie dzieki Stark.
-przyjde do ciebie o piatej, ok?
-ok.-powiedziałam i zaczelam rysowac cos w zeszycie. Tony tez cos rysował. Rysowal.. w sumie wygladalo to bardziej na projekty a nie rysunki.
Po wyjsciu z klasy poszlam szybko na dach. Wszyscy wiedza ze mam problemy z fizyka, ale zeby az do tego stopnia utrudniac mi zycie. Serio? Jescze Stark bedzie mnie uczyc. Po prostu pięknie. Bombowo! Super!
Ale moze serio mnie czegoś nauczy, choć wątpię..

Umowilem się z Pepper. A mialem takie plany przetestować zbroję. Ale moze jeszcze zdążę, w koncu konczymy dzis o drugiej. Tak, na pewno zdążę.
Po lekcjach Pepper gdzies sie zmyla, a ja poszedlem do zbrojowni. Razem ze mna takze poszedł Rhodey. W końcu to moj przyjaciel.
- Tony?
-Co Rhodey?
-moze dzisiaj dasz sobie spokoj z testowaniem zbroi? Pepper nie lubi spoznialskich..
-Ejjj.. Czy ty cos sugerujesz?
-Co? Ja nic… Eh… Po prostu daj sobie dzis spokoj ok?
-Polece tylko na lot probny. Powinno mi to zająć z godzinkę.
- Tony obiad. To po pierwsze po drugie umowiles sie z Pepper na 17.00
-wroce o 16 ok?
-Tony, nie kombinuj ok?
-Dobrze mamusiu.-zaśmiałem się.
Weszlismy do zbrojowni. Wlaczylem komputer główny.
-Rhodey, dla ciebie jest ten fotel..
-tak, rozumiem, mam ci pomagac i..
Nie skoczyl bo szybko zalozylem zbroje i włączyłem systemy. 
Uruchomilem zbroje i wlecialem w tunel. Poobijalem sie teoche zanim wylecialem na wolna przestrzen.
-Żyjesz tak Stary?
-Tak mamusiu i mam sie świetnie.
-Tony, twoje serce…
-Yhm…
Lecialem nad miastem. Co jak co ale to miasto nie jest takie złe. Fakt same wiezowce, ale nie jest tak źle.
Lecialem przed siebie. Caly czas prawie wlatywalem w jakis budynek.
-Tony, moze juz lepiej wróć do domu ok?
-Rhodey…-wylaczylem go i lecialem dalej.
Testowalem moc silnikow. Byly niezle. Szybkosc zbroi tez nie naganna, ale może byc lepiej.
Gdy chcialem juz wracac nagle dostalem komunikat. Na stacji metra był jakis wybuch. Ludzie sa uwięzieni.
Polecialem tak. Strzelilem z repulsorow tak zeby zrobic sobie przejscie. Wszedlem do srodka. Dziwne bylo to ze swiatlo dalej sie palilo.
To byla glowna stacja i z reguly byla ruchliwa a tu nie ma nikogo.
Już miałem wracac gdy ktos przygwoździł mnie do podłoża.
-ooo widze nowy super bohater sie szykuje. Juz niedlugo…
-czego chcesz?
-eliminuje…-strzelilem do niego z repulsoru w prawej dloni.
Odleciał jakis kawałek ode mnie. Na tyle ze zdazylem wstac i zdazylem sie uzbroić i przygotowac.
Wstał. Silny jest. Albo ja jestem jeszcze slaby. Jeszcze.
W rekach trzymał bicze.
-Kim jesteś?
-Whiplash.-uderzyl mnie jednym z biczow. Odrzucilo mnie.
-po co to robisz? Przeciez nic ci nie zrobilem!
-jeszcze… Krazysz tu.. -wystrzelilem z repulsorow. Ominal je i sam zaatakowal.
>


Zacząłem atakować. Ten świr. Musi, po prostu musi oberwac i dac mi święty spokoj.

Walczylem dlugo.  Rhodej caly czas cos krzyczal. Nie rozumialem go. Czułem dziwne bicie serca. Energia zbroi padala a ja? Wciaz ladowalem na jakims budynku czy aucie.
W koncu rozkazalem zbroi powrót do bazy.
Dotarłem. Zdjalem zbroję. Upadlem na kolana. Splunalem krwia. Nie mialem siły, ale gdy spojrzałem na zegarek oprzytomnialem.
-Cholera! Siedemnasta!
-Tony, spokojnie. Musisz odpocząć.
-Ale Pepper. Ugh.. Ide do niej…
-Chcwsz jeszcze od niej oberwac?
-Od niej zasluzylem..
-Tony musisz..-jak na zawolanie dostalem przypomnienie, zeby się naladowac.
Wzialem ładowarkę i ją podpialem. Kolejna godzina. Stracona.

Czekalam. Nie wiem ile, ale jego nie było. A sam to zaproponował. Idiota!
Wyszlam na dwor, zeby się przewietrzyć. Przeszlam sie do parku i z powrotem.
Weszlam do domu. Usiadlam na kanapie.
Nagle ktos zadzwonił do drzwi. Poszlam otworzyć.
Przede mna stal Tony. Wyglądał, jakby ktos go pobił. W kacikach ust widzialam krew. Był caly zmizerniały.
-Przepraszam ja…
Cala zlosc jakos tak zniknęła. Zlapalam go za reke i pociagnelam do domu. Zaprowadziłam go do salonu. Kazlam usiąść na kanapie i sama skoczylam po apteczke.
Namoczylam wacik wodą utleniona i wytarlam jego rany. Poszlam po jakas koszulke taty.
-Pepper, nie trzeba. Mielismy sie uczyc fizyki.
-Tony, nie moge na ciebie patrzec w tym stanie.
-pouczymy sie kiedy indziej.
-Pepper.. -usiadl kolo mnie.
-Tony, co sie stalo?
-nic, po prostu mnie emm napadli..
-Tony?.. Dobrze, nie chcesz to nie mów
-Pepper, to nie tak. Po prostu sa sprawy ktorymi nie chce cie martwić.
Posiedzielismy w milczeniu jakies pół godziny.
-Uczymy sie? -spytal Tony..
-jasne.-wzielam ksiazke i zeszyt do robienia notatek.
-to czego nie rozumiesz?
-ttego?-wskazalam na pierwsza strone. Chlopak zaczął się smiac a po chwili spowaznial.
-Na prawde?
-na prawde-powiedzialam ze smutkiem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiejsza notka troche krotsza ale mam nadzieje ze wam sie podoba. :)
Jak zawsze prosze o komentarze.
Komentarze motywują!
Przyjme kazda krytyke :)

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozdzial 2. A jednak plastik

Obudzilam sie rano. Tuż przed siódmą.
-Ugh… Tak mało czasu….-Powiedziałam do siebie i poszlam do łazienki.
Spojrzalambna swojw odbicie w lustrze. Moje wlosy… Ugh… Nie wygladaly najlepiej. Postanowiłam ne szybko umyc i wysuszyć. Nie wiem czy zdążę ale musze jakos wyglądać. Jakoś to znaczy tak, ze włosy beda w miarę, w miarę ułożone i nie będą zasłaniać pola widzenia.
7.10. Ugh… Juz ta godzina? Chyba pietnascie minut zajelo mi ogarnianie tych rudzielcow. Z jednej strony ich nie lubię, ale nie dam sobie z nimi nic zrobić. O nie!
Ubralam się. Juz w pol do?!? Boże.. Nie zdążę!!
Szybko wzielam torbe z szafki i wybieglam na autobus. Ku mojemu szczesciu przyjechał zaraz po tym jak wbieglam na przystanek.
Droga nie byla zbytnio ciekawa. Caly czas wysokie wieżowce. Jak zawsze. To miasto… Ugh.. Czy ja juz wspominalam jak bardzo je „kocham”? Czuć te ironię, prawda?
Wysiadlam z rownie ciekawego autobusu co droga. Byl tak brzydki, jak nigdy… Co sie dzieje Pepper ? Chyba wstalam dzis lewą nogą. Ciekawe przez co.. Hmm.. Zastanowmy sie…
Weszlam do szkoły. Tym razem postaram sie nie narzekac na te bude… Ugh… Znowu!! No coz zawsze moglo byc gorzej.. Na przykład internat.
Poszlam do szafki. Równie pieknej co ten korytarz… Boze.. Co sie ze mna dzis dzieje?
Wymienilam kilka ksiazek i poszlam pod klasę. Nagle przypomnialam sobie, ze mam polazac szkołę Starkowi. Bez entuzjazmu dziwczynki. To zwykly koleś, ktory jak mniemam zawojowal niejednej dziewczynie jak i zawojuje.
Poszlam przed szkołę. Zauważyłam go. Nie byla jak narazie otoczony zgraja fanek i mam nadzieję ze tak zostanie. Nie chce widziec zadnego plastika w szkole. Mam nadzieje ze zostaly na recyklingu czy gdzieś…
-Hej.-podeszlam do niego i sie przywitalam. Usmiechnal sie i nic nie powiedział. Czy on potrafi gadac? -idziemy?
-Yhm… -oo odezwal sie! A jednak potrafi. Juz zaczelam watpic w jego możliwości.
Poszlismy do budy ktora dzis wyjatkowo dziala na mnie jak plachta na byka…
-zly dzien?
-Co?
-Nie ! Ja! Ugh…
-Spokojnie. Pepper tak?
-Wow! Zapamietales. Jak miło.
-Ejj co jest?
-Nic!-nagle zadzwonił dzwonek. Ten dzwonek. Jego dźwięk. Jeszcze bardziej irytowal niz zawsze. Mialam ochote rozwalić to coś.
Razem z Tony’m udalismy sie do klasy biologicznej.
-Po kija mi biologia? -teraz to on zaczyna narzekanie…
-ugh..
Po pieciu minutach przyszedl profesor i wpuscil nas do środka. Tony usiadł kolo mnie tym razem. Nastepnym razem wykopie go do Rhodes’a.
-Klaso! Dzis dołączył do nas nowy uczeń. Anthony Stark.-ooo nie… Co on zrobil. Bardzie dziekuje profesorze.. Akurat pana lubiłam. Pan mi normalnie teraz zniszczył doszczetnie zycie.-Dolaczy do nas takze nowa uczennica.-co ? Ze kto? -Withney Stane.-tylko nie ona. Nie, nie.. Po raz drugi zniszczyl mi pan życie.
-Dziękuję, dziękuję.-szeptalam po cichu
Zaczelam walić głową w ławkę. Zakazdym razem powtarzałam „dziękuję”. Wiedziałam, ze pojawia sie jakies niespodzianki dzisiaj, ale zeby ona? Jest plastikiem i to w moje, powtarzam mojej klasie!! Za jakie grzechy?! Zlitujcie sie nade mną.
-Pepper cos nie tak?
-Nie, wszystko w porządku.-usmiechnelam sie ironicznie i wrocilam do poprzedniej czynności.
W pewnym momencie poczulam jego rece próbujące oderwać mnie od tej jakze fascynujacej czynności. Założę się, ze nie obejdzie sie bez guza.
Usiadła przed nami. Przyjechała mi wlosami po ławce podczas przechodzenia. Aż mnie zemdlilo.
Tony to zauważył i zapytal profesora czy mozemy pojsc do pielegniarki.
Jestem zdrowa ty głupku! Po prostu mam alergie na plastik i tyle w temacie. Oddajcie ją do recyklingu albo do wyporzyczalni lalek.. Albo lepiej recycling. Nie chcemy przecież żeby jakieś dzieci dostaly alergii. Prawda?
Wyszlismy z klasy.
-Nic mi nie jest.
-Zrobilas sie blada. Może kupię ci wodę.
-Ok. Jak chcesz.
W automacie kupił moja ulubioną wode lekko gazowana.
-skad wiedziałeś?
-Co?
-Ze to moja ulubiona.
-kto takiej nie lubi.-uśmiechnął się. Znowu. Uwazaj Pepper, żebyś i ty nie wpadła w to bagno zwane nieodwzajemnioną miłością. Właśnie,  bo kto by mnie chciał.. Boze… Co ja gada… Na serio cos jwst ze mna dzis ostro nie tak.
Gdy tak krecilam głową moj towarzysz patrzyl na mnie zdezorientowany.
-No co? Nie masz nigdy zlego dnia?
-Mam, spokojnie. Czy to moja wina?
-Nie wiem.-poweidzialam a on na mnie spojrzał z ukosa. W sumie zaloze sie ze gdyby nie on ta cała Stane nie pokusilaby sie żeby odwiedzić te jakże prestiżową szkołę. Znow ta przeklęta ironia. O zgrozo! Ile razy jej jeszcze użyje w tym pieknym dniu.
-Może powinienem stad pójść?!-pierwszy raz sie uniósł.-może powinienem złamać postanowiwnie mojego ojca?! Moze.. A zresztą… Powiem Rhodey’mu ze to nie ma sensu! Żegnam!
-Tony, ja.. Zaczekaj! Bo ja..-odwrócił sie w moja stronę.-Przepraszam. Po prostu…
-To ja przepraszam, nie powinienem się tak unosić… Po prostu…
-Sam masz zly dzien?
-dokladnie haha.. Po prostu to moj pierwszy dzień w calym swoim zyciu w takim miejscu. Nigdy nie bylem uwięziony, a teraz.
-A ja nigdy nie gadalam z innymi ludzmi niz Rhodey. Dlatego moi rodzice chca bym stala siw bardziej samodzielna i zaczela poznawać ludzi. Ale ja nie chcę. Podoba mi sie ten świat. Ja i moj telefon no i moze Rhodey…
-Mam nadzieję, ze w tym swiecie znajdzie sie tez miejsce dla mnie.
-Moze…
-Idziemy na lekcje?
-haha ty jeszcze chcesz tam iść? Ten nauczyciel próbuje zniszczyć mi życie..
-zabardzo bierzesz to do siebie. Musisz brac to z wiekszym dystansem.
-Taa…nie obiecuję niczego. Jasne?!
-Jak słońce. Idziemy?
-Ok. Ale jak jej włosy jeszcze raz dotknął mojej ławki to je zetne.
-Co ona ci..
-Po prostu to plastik. A takie jak ona to do recyklingu sie oddaje. Nie potrzebuję jej w klasie do szczęścia…
-haha.. Myślę, że ona nie jest taka zła…
-Nie wcale.. Wybiła sie tylko dzieki tobie i twojemu ojcu. Nie jest nawet ładna i mysli, ze skoro wbije sie na czyjsc wywiad to jest fajna, albo jak ktos wstawi jej komentarz pod zdjęciem w sieci to juz jest slawna. Haha dobre sobie…
-Dobra, chyba cię dzis nie przekonam, ale moze kiedyś zmienisz o niej zdanie.
-Chyba tylko wtedy jak dostane kulka w łeb. Nie mam opcji.. Już prędzej zakumpluje się z najwiekszym idiota z naszej klasy niz z felernym pustakiem z budowy.
-O kim mówisz?
-Napewno nie o tobie głupkiu.
-Czyli nie twierdzisz ze jestem idiota?
-tego nie powiedziałam, tak?
-A juz myślałem, ze mnie lubisz…
-tego nie powiedzialam.
-czyli mnie jednak lubisz?
-tego też nie powiedzialam.
-Ejjj…
-Zostało pietnascie minut lekcji. Idziemy?
-Skoro nalegasz…
-Ale pozwolisz ze obetne jej te kudly?
-Pepper!!
-no co?
-Chodźmy.
Wpuścił mnie przodem do klasy.
-Panno Potts i panie Stark, co tak dlugo?
-poczułam się słabo i Tony…
-Dobrze Patricio. Usiadzcie.
Usiedlismy razem do ławek.
-Patricia. Ładne imię…
-Niepodoba mi się. Zdecydowanie wole Pepper.
-Bo wyraza twój charakter?
-A żebyś wiedział!
-Cisza!
W klasie zepbilo sie cicho jak makiem zasial. Wytrwalismy tak nie wiem jakies hmm pięć, dziesięć sekund az w koncu wybuchlismy śmiechem. Mina profesora-bezcenna.
Po jakże sympatycznej lekcji wyszlismy na przerwę.
-Może pokaże ci szkołę?
-Dobry pomysł.
-Ok to sie pospieszmy bo…
-Hej Tony…-oho! Zaczelo się! Panienka z okienka przyszła! Znam ja pierwszy dzien osobiscie poprawka pierwszą niecałą godzinę a ja juz miałam w planach sciac te jej blond siano.-Coz za mila niespodzianka…
-Mila jak…
-Przepraszam cie Withney ale mam do mojej przyjaciolki wazna sprawę…-odeszlismy od niej kawałek.-Pepper?
-No co? Mówiłam ze mamy się pospieszyć. Ja dla niej mila nie będę. O nie. Na mozg mi nie padło.
-Proszę…
-Nie Tony. Wymagasz niemozliwego. To tak jakby powiedzieć że ona jest ładna. Proszę cię, ona nigdy nie będzie ładna. To jest nie wykonalne. Z kamienia nie stworzysz nagle złota…
-Dobra rozumiem. Daj mi chwilę…
Poszedl do niej i pogadał z nia chwilę, po czym ona wysciskala go i pocalowala w policzek.
-Cos dla ciebie.-podałam mu chusteczki i zel antybakteryjny.
-Serio?
-Jak sie nie odkazisz to albo bede musiala znaleźć inny bardziej drastyczny sposób albo oprowadzasz sie sam. Co wybierasz?
-no ok.-zaczal sie wycierac.
-szybciej bo zaraz dzwonek.
-ok, ok.
-ugh… To moze pokaze ci laboratorium i tak dalej a na dlugiej dach. Miejsce ktore kocha każdy uczeń.  Krążą plotki, że byly dwie laski. Tak sie nienawidziły ze postanowiły rozliczyć sie na dachu. No wiesz, bez świadków. Niestety cos poszlo nie tak, pojawil sie tlum gapiow i jedna z nich wypadła. Gdy wszyscy nachylili sie zeby zobaczyć co sie znia stalo zobaczyli ze jej niema. Podobno teraz jej duch nawiedza czasem tamto miejsce i próbuje zrzucić innych ludzi, ale to podobno tylko laski uwazane za plastiki…
-Cos sugerujesz?
-Nie nic… Jakbym śmiała.. A zresztą. Teraz fizyka. Ugh… Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę.
-Ten przedmiot jest akurat spoko. O ile nie macie przestazalych podręczników
-Cos ty powiedział? O zapomnialabym geniusz nauk ścisłych. Haha… Przed toba stoi wrog publiczny numer jeden scislowcow.
-Ejj…co ja ci zrobilem?
-Żyjesz.-powiedzialm i usmiwchnelam się. Chcialam troche rozluznic atmosferę. Ratunku!! Jaki sztywniak. Facepalm.
-chodźmy.-poszliśmy do klasy. Znienawidzonej nagorszej i w ogole przepelnionej zlem klasy.

Po ostatnim dzwonku. Czyli tym ktory kocham najbardziej, obwieszczajacym, że wlasnie moge opuścić to miejsce, poszlismy z Tony’m na dach. Wczesniej jakos straciłam ochotę gdy widzialam jak ONA za nami łazi. Ugh.. Nie ma lepszego zajęcia. Serio?
-Całkiem fajna miejscówka..
-Tia. Idealnie widac brzydote tego miejsca.
-Co? Jaka brzydote.. Stad widac Stark Tower…
-Yhm… Dobra chodzmy, spieszę sie…
-Masz zamiar cos przypalić?
-Ty tez? Zabiję! Zabije was obu..
-za co?
-Ty masz czelność pytac sie za co? Ty za to, ze sie bezczelnie smiejesz, a twoj kumpel, za za dlugi język. Moze powinnam mu go skrócić co?
-Spokojnie…
-spokojnie? Ugh… Ja idę. Jak chcesz to se zostań…
-Dobra ide z tobą.-
Razem ruszylismy w kierunku mojego domu. Zaraz czekaj razem? Kolejna zalamka dnia dzisiejszego.
Weszlismy so mojego domu. Dziwne zaprosilam kogos innego niż Rhodey’go. Rodziców nie było. Mama jak zawsze na dyżurze a tata na jakies misji. Ugh… Mogliby chociaz jakas informacje zostawić co i gdzie w nie tylko kase mi zostawiac na jedzenie. Czy oni nie wiedzą, że ja mam również inne potrzeby niz jedzenie? Powinnam tez jakos wyglądać. Od pol roku nie kupilam sobie żadnych ciuchów. Nie potrzebuję bóg wie czego, ale nowe spodnie by mi sie przydały…
Zabralam się za robienie tego spaghetti.Wlaczylam przepis na tablecie i wyciagnelam produkty.
-Rozgosc się.-odezwalam sie do Tony’ego. Nie chcę żeby mi sie patrzył na ręce. Co to to nie.
Poszedł gdzieś. Mam nadzieję, ze nie bedzie próbować znaleźć mojego azylu. Jeszcze tego by mi tu brakowało.
Robienie nieszczesnego sosu zajelo mi z pol godziny… No dobra moze troche wiecej ale zawsze moglo byc dłużej, tak?
Postawilam wode na makaron. Zagotowala sie i ja posolilam. Wlozylam makoron gdy nagle sie skapnelam, ze Starka nie ma. Niewiele myśląc pobieglam i przeszukałam wszystkie pomieszczenia w domu. Jak na złość byl w moim pokoju.
Otworzyłam drzwi. Bezczelnie lezal sobie na moim łóżku. Nosz mnie tu zaraz trafi.
Chcialam sie na niego rzucić, ale wstał.
-Ładny pokój.
-dddzieki… Skad wiedziałeś ze to moj pokój.
-Jesy mały i różowy… W dodatku pasuje do ciebie ten kolor…-poprawil ręka swoje wlosy-wiesz co ja juz powinienem iść. Nie chce zeby sie martwili.
-Zostań. Zrobilam obiad i…
-Wlasnie sie cos przypala..
-Makaron!-pobieglam sprintem do kuchni. Szybko wylaczylam palnik a garnek włożyłam pod wode. Otworzylam okna w kuchni.
-Haha Rhodey mial rację…
-az czego rzysz. Ugh.. To twoja wina!
-Moja? Trzeba bylo mnie nie szukać.
-Trzeba było nie znikać.-nagle zadzwonil dzwonek. Poszlam otworzyc.
-Rhodey…
-Cześć Pepper.
-Ja cie kiedyś zabije..
-Jest Tony?
-Nawet mnie nie slucha bezczelny!
-Dobra, nie drramaryzuj-wpuscilam go do srodka-znowu cos przypalilas?! Haha
-Ugh.. To przez teojego kumpla.. Gdyby sie nie kręcił po moim domu to nic by się nie stało.Ttony?
-co? Skoro to przeze mnie to rym razem ja to przypilnuje.
-Daj mi patelnie…
-Po co ci?
-Zeby przywalic temu glabowi. Ja mu dam  smiac się z Patricji Angeli Potts.
-Pepper, spokojnie.
-Dasz mi tę patelnię, czy mam ja sobie sama wziąć.-podeszlam do niego. Po jego minie widziałam niechec dania mi tej patelni, do czasu… Do czasu gdy sam prawie przypalił ten nieszczęsny makaron.
-Haha jesteście dla siebie.. Stworzeni… Hahah
-Rhodey. Przeginasz… Pepper mogę tę patelnię?
-cco? I ty przeciwko mnie ?
-Ja…
-Ej… Odłóż te patelnię..
Zaczelismy z Tony’m gonić Rhodey’go.
Skubany miał bardzo dużo siły. Gdy juz prawie siegdnelam go tą patelnia to się schylil i nietrafilam w niego, ale za to zatrzymala się na Tony’m.
-A to za.. Ty tam juz wiesz za co… No rusz ten zad. Na co czekasz?! Lap go zebym mogla mu podwojnie przywalic.
-Za co?
-I ty masz czelnosc sie jeszcze pytać. Boze.. Rhodes.. Co ja z tobą mam…
Zmeczona i glodna wrocilam do domu. Nie wiem gdzie sa chłopcy, ale mam nadzieję, ze za chwile wrócą i zjedzą to mam nadzieję jadalne danie.
Rozlozylam makaron na trzy talerze. Oczywiście polalam go podgrzanym wczesniej sosem.
Nagle weszli chlopcy
-I jak?
-Oberwalem….
-Brawo Tony! Dobra siadajcie, bo wystygnie.
-Mam nadzieję, ze jest to jadalne.
-Grabisz sobie.. Zreszta w twoim przypadku to nic dziwnego.
Zjedismy ten obiad. Chlopcy narzekali, a tp za dużo, a to za słone, a to nie doprawione… Ugh… Wedlug mnie jak na pierwszy raz i tylko spalony makaron jest pyszne,  oni.. Oni sie nie znają.
-To my się juz będziemy zbierać.Dzieki za obiad Pep..
-Dzięki, ale…
-Daruj sobie Rhodey..
-Wiesz, jak na rudzielca to całkiem urocza jesteś.
-Weź spadaj tani podrywaczu…
-Dobra Tony chodźmy. Moja mama mnie zabije ze nie przyszlismy na obiad…
-Ale warto było.
-To cześć!
-Pa!-pomachalam im na pozegnanie i zamknelam drzwi.-No to teraz czas zabrac sie za sprzątanie, ale najpierw wlacze jakąs muzykę.

~~~~~~~~~~~~~~
Nowy rozdział. Jak wam sie podoba? To byl dobry pomysl na nowa historie?
Bardzo prosze o komentarze. :)

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz